ZENEK #dziesiatamuza #film…

ZENEK
#dziesiatamuza #film #zenek

— Jak wyglądam?
— Jak chuj w torcie.

Faktyczny cytat z filmu Zenek dość trafnie oddaje ducha i klimat filmu. Jednak, o dziwo, nie jest to film tak słaby, jak ktoś mógłby się spodziewać. Powiedziałbym, że to film, który nawet ma swoje momenty i chwilami można go lubić. A już na pewno, stoi on daleko od pochwały gatunku jakim jest disco-polo czy wywyższania na piedestał Zenka Martyniuka… ale po kolei.

———

Z polskim filmem jest trochę jak z polską piłką nożną.

Jasne, mamy Roberta Lewandowskiego, który reprezentuje światowy poziom i zdobywa Oscary, jest kilku rokujących dobrze zawodników, którzy odnoszą pomniejsze sukcesy, ale wciąż na naszych rodzimych boiskach – wieje chujem. Mecze Ekstraklasy cieszą się olbrzymią popularności, podczas gdy jakością – mocno odstają.

Luty z polskimi premierami kinowymi jest jak oglądanie sześciu kolejek Ekstraklasy z rzędu.

Maraton zaczął się od 365 dni Blanki Lipińskiej, przepraszam, Barbary Białowąs. O nim możecie poczytać trochę więcej tutaj – a jeżeli nie lubicie czytać, to podcast można znaleźć tutaj.

Jednak o tyle o ile wskoczenie na pociąg do wylewania pomyj na pseudoerotyk normalizujący gwałt było stosunkowo proste, to jednak z Zenkiem tak łatwo nie jest.

Disco polo jakoś specjalnie nie słuchałem, ale czy je nienawidzę? Wydaje mi się, że większą antypatią pałam do niektórych polskich piosenek granych w RMF czy innych głównych stacjach. Podobnież postać Zenka Martyniuka gdzieś istnieje poza mną, wiem tyle ile z nienawistnych przekazów ludzi, którzy mówią, że disco polo nienawidzą, ale doskonale znają przekrój zespołów i ich wykonań.

Takie podejście zapewnia mi jakąś dozę braku uprzedzeń do tego filmu. Oczywiście nie spodziewałem się arcydzieła ale po dwóch godzinach w głowie Blanki Lipińskiej tydzień temu naprawdę byłem w stanie nie oczekiwać niczego.

Zacznę od negatywów, bo mam wybór w tej kwestii. Tak, są też pozytywy.

Pierwszy i naczelny to fakt, że jest to film niespójny, nietrafiony i kompletnie bez pomysłu. Losy naszego herosa śledzimy z trzech momentów w czasie – pierwszy to Podlasie między latami 1985-1988, drugi to koncert w Ostródzie w 2004 roku, a trzeci to… rok 2020, współczesność opowiadana w konwencji filmu dokumentalnego telewizji „POLO REX”, w której postacie do kamery uzupełniają luki w historii, udając że to jakiś reportaż telewizyjny.

Trochę to ryje banie, bo te przeskoki w czasie zdarzają się w najbardziej losowych fragmentach. Nie są one niczym uzasadniane – zwłaszcza że film rozpoczyna się od Ostródy, po to by po pięciu minutach przeskoczyć do lat 80. a wyjść z nich dopiero po godzinie. Te wstawki dokumentalne są abstrakcyjne, jak wyrwane z reklamy kredytu konsolidacyjnego, ale co gorsza, są dość psychodeliczne, bo są w stanie w tym samym ujęciu wejść w zupełnie inną opowieść. Stoi Jan Frycz w 2020 i coś tam pierdoli, bo sobie chłop chyba długów narobił że w tym gra i nagle w tym samym planie kamera się przesuwa a tu zium, lata 80, Zenek przymiera buty. O co chodzi kurwa?

Pomijając jego losowość, to dość ciekawy zabieg. Szkoda, że jest potem przeruchany osiem razy

Drugi element chujowości, także dość naczelny także istnieje w warstwie formalnej filmu. Trudno jednoznacznie stwierdzić czym ma być ten dwugodzinny seans. Tak jak w niemalże każdym dziele fabularnym historia jest zbudowana na bazie jakiegoś konfliktu, tak trudno znaleźć tu jakiś jeden wspólny motyw. Konflikt jest rdzeniem, to są rzeczy proste i oczywiste znane ze starożytności – bohater wyrusza w podróż, napotyka przeciwności, w punkcie kulminacyjnym je przezwycięża, wraca do domu ale zmieniony.

Tutaj tego nie uświadczymy. Najbliżej zamknięcia w jednym zdaniu odpowiedzi na pytanie „o czym jest ten film?” byłoby stwierdzenie, że o… miłości? Kurwa, nie wiem. Ten film próbuje być o wszystkim a ostatecznie wychodzi o niczym. Jedno wiem na pewno. Nie jest to laurka dla Zenka, jak można by się spodziewać.

A, bo zapomniałem:

MOŻNA POLUBIĆ TEN FILM, JEŚLI NIENAWIDZI SIĘ DISCO-POLO

Kurwa, paradoks, nie? Ale tak trochę jest. Opcje są dwie – albo ja się doszukuję co mam w zwyczaju, albo ludzie zaangażowani w produkcję Zenka są najbardziej nieświadomymi istotami od Buga aż do Odry. Od samego początku ten film nie ucieka od szerokiego postrzegania disco-polo. A nawet utwierdza w tym przekonaniu – disco polo to muzyka dla wsiurskich przygłupów bez szkoły, nie wymagająca przesadnych umiejętności, oparta na kradzieży konceptów. Wykonawcy tej muzyki zajmują się tym bo nic kurwa innego nie potrafią, bo wychowują się w miejscowościach bez perspektyw, więc grają żeby zarobić na chlanie, a chlają żeby grać. Ponadto jak nie chlają to rzygają, a jak nie rzygają i nie chlają to rozmawiają na najbardziej wzniosły temat jakim jest gadanie o dupach. To nie jest moja opinia. Taki wizerunek tej grupy wyłania się z Zenka

Kazimierz Kutz opowiadał kiedyś taką anegdotkę, że jak przyjeżdżał do niego czasami Cybulski to wyskakiwał z pociągu i witając się wołał ”dupy, dupy, dupy!”. Te trzy słowa są bardziej treściwe i wyrażają więcej szacunku do kobiet, niż jakikolwiek dialog o cycach z tego filmu

Słuchaczy muzyki disco-polo lżono, wyśmiewano, wyszydzano. Zostali przez brzydzący się nimi establishment zepchnięci na margines. Dopiero dobry Pan PiS w postaci prezesa TVP Jacka Kurskiego upomniał się o ich prawa, wyciągnął do nich pomocną dłoń i pomógł im wstać z kolan, stając się największym promotorem tej muzyki w Polsce.

Jeżeli zwieńczeniem lansowania disco-polo jest ten film, to ja cofam to co powiedziałem o kobietach zachwyconych 365 dni. Tutaj to nie jest już plucie w twarz, to jest ciepły strumień menelskiego moczu na mordę entuzjastów tej muzyki, to jest wyrzucenie im od serca: ”wy kurwa robaki, tuuuu mam was i waszą wsiurską muzykę, możemy zrobić z wami wszystko, a i tak będziecie z nami, bo lepiej z nami niż z tamtymi antypolakami” To trochę, jak z płaskoziemcami, którzy dostali dowód na kulistość ziemi. Odrzucą go i będą trwać w tym w czym są, bo do pewnych rzeczy się już nie wróci

I niektórym może się to spodobać, mi dość średnio, ale o wiele bardziej mnie to frapuje z perspektywy jakiejś antropologii kultury. Pod wieloma warstwami to film fascynujący, ale niezbyt ciekawy w oglądaniu.

Bo oprócz tej pogardy i prymitywności to jest to także film zmarnowanego potencjału. I tak, zdaję sobie sprawę, że mówię o biografii Zenka Martyniuka, ale nawet to dało się zjebać. Można tutaj było pójść na całość i stworzyć rzeczy niestworzone, wejść w magiczny realizm i pokazać świat disco-polo jako miejsce ucieczki od codziennego dnia, beztroskiej zabawy. Nadać trochę kolorytu? Zrobić z tego musical, wrzucić ludzi tańczących na ulicy, cokolwiek. Tu by przeszło. Tu by naprawdę wszystko przeszło.

Chuja. Zenek co prawda mówi, że gra, żeby ludziom było lżej. Raz, a potem to kończy jakimś debilnym skwitowaniem, które kończy wątek. Dwa. Jest tu bardzo mało muzyki tak naprawdę. I znowu, dla tych, którzy nie lubią disco-polo to dobra wiadomość.

Możliwe że sobie wymyślam teraz i za twórcami nie kryje się żaden cynizm i pogarda, po prostu nieumiejętność, braki warsztatowe, ale najlepszym dowodem, niech będzie fakt, że piosenki PRZEZ TWE OCZY ZIELONE w tym filmie nie uświadczymy.

Czaicie? W filmie o Zenku nie ma jego największej piosenki? Przecież to kuriozum.

znaczy, żeby nie było, że szerzę fake news – ona jest, w połowie, podczas drugich napisów końcowych, gdzie większości ludzi już w kinie nie było

Serio chcę wierzyć, że reżyser Jan Hryniak dostając taką propozycję postanowił zakpić ze wszystkich i liczył na to że nikt w TVP w przypływie arogancji i własnego zaślepienia tego nie zauważy. Chyba się udało.

Jednak bardziej od fanów disco polo żal mi jest tylko jednego.

Samego Zenka.

FILM „ZENEK” TO TAKŻE NAPLUCIE NA SAMEGO MARTYNIUKA

I to mnie trochę dziwi. Ten film nie jest łagodny dla samozwańczego „króla disco-polo”. Abstrahując od tego, że jest tam pokazany jako przeciętny chłopek-roztropek ze wsi zabitej dechami, bez perspektyw. Ten film rozbija mit o ciężkiej pracy artystów disco-polo, wszelki sukces Zenka przychodzi mu w zasadzie bez jakiegokolwiek wysiłku, bez pokazania umiejętności – to kwestia jakiegoś zezowatego szczęścia.

Co gorsza, dość duży nacisk położono na zaniedbywanie rodziny. Zenek począwszy od pierwszych piętnastu minut kreowany jest na złamasa, który bawi się uczuciami cyganki (tak, to jest istotne, że jest cyganką, serio)_ Sylwii, to później „w imię muzyki” zaniedbuje swoją rodzinę. Końcowy Zenek Martyniuk jest agresywnym pijusem, tatusiem starej daty, który co prawda „łoży na dobry byt rodziny, żeby we willi mieszkali”, ale w międzyczasie 80% roku spędza poza domem bezkarnie się kurwiąc i nakurwiając. Wychodzą z niego drastyczne kompleksy i małomiasteczkowość, a nie dobroduszność i talent eksportowy. Pod koniec filmu, naprawdę bardzo trudno sympatyzować z jego postacią – nie mówię o rzeczywistości, ale o zamknięciu się w bańce filmowej. Trochę wychodzi z niego antybohater wręcz, który nie odkupuje swoich win. Sceną finałową jest koncert z Limahlem. Serio kurwa? Mamy mu pogratulować czy o co chodzi?

Ale.

To jeszcze nie jest najgorsze.

Jest wiele niedociągnięć w tym filmie i kompletnych nieporozumień. Na pochwałę zasługuje Jakub Zając, który no nawet nie jest najgorszy. Te błędy fabularne też dałoby się poprawić, gdyby za „konsultację scenariuszową” nie odpowiadała samozwańcza królowa polskiej telewizji Ilona Łepkowska. Jednak jest jedna rzecz w tym filmie absolutnie nie do przebaczenia, nie do przeoczenia, która wynosi ten film na wyżyny żenady.

TEN PRZEKLĘTY KRZYSZTOF CZECZOT

Powiedzieć, że to nie jest dobry aktor, to nie powiedzieć tak naprawdę nic. Reprezentuje poziom paradokumentalny, ale jakimś cudem przedostał się na wielki ekran.

zanim wskoczę do studni frustracji, w imię dziennikarskiej sprawiedliwości nadmienię, że Krzysztof Czeczot daje radę, między innymi jako reżyser audiobooków. Ale jako aktor jest po prostu kurwa beznadzieny

Jego obecność w tym filmie nie jest przypadkowa. Obstawiam, że rolę Zenka początkowo powierzono innym aktorom, a Czeczot był po prostu pierwszym, który się zgodził. W końcu piniondz to piniondz. Łatwy piniondz. Od człowieka który powiedział „tak” Vedze trzy razy i niewydanym jeszcze Swingersom nie oczekuję dbania o integralność artystyczną.

Drugi element, który na siłę można przypisać na korzyść Czeczota w tej roli, to ten jebany sztuczny uśmiech. Nalegam – wpiszcie w szukajkę jego nazwisko, wejdźcie w obrazy i powiedzcie mi, że to nie jest najbardziej fałszywy, wymuszony i zakłamany uśmiech na świecie. W brytyjskim słowniku Oxforda pod hasłem punchable face nie znajdziecie jego zdjęcia, a definicję tej frazy. Bo wrzucenie jego zdjęcia do słownika obniżyłoby wartość wydawniczą. Ludzie nie byliby gotowi na tak namacalny dowód. A to z kolei pasuje do teorii o antybohaterskości Martyniuka o której pisałem przed chwilą. Fałsz, który wylewa się z ekranu za każdą rolą Czeczota tutaj mógł być zaplanowany, wyrachowany i cyniczny. Po to aby jeszcze bardziej obśmiać „króla disco-polo”.

Krzysztof Czeczot wypada komicznie źle. Zwłaszcza, że gdy pojawia się na ekranie po półtorej godzinie filmu, mamy do czynienia z drastyczną zmianą klimatu – z prostej opowiastki wyłaniają się elementy sensacyjne. I ktoś każe Czeczotowi się wydzierać i brzmieć groźnie. Nie brzmi. Jak próbuje być hardy wychodzi kuriozalnie. Najbardziej gniewnie wychodzi mu zaczesywanie włosów. Jest to tak złe, że nie wierzę, że to nie było zamierzone.

KURWA! CZECZOT JEST W TYM FILMIE TAK ZŁY, ŻE JAK OBOK NIEGO NA EKRANIE POJAWIA SIĘ
Jarek kurwa Jakimowicz, tak ten od skupu katalizatorów Jakimowicz
TO NAGLE MA SIĘ WRAŻENIE POWIEWU NOWEJ ŚWIEŻOŚCI I JAKOŚCI W KINIE

I wróćmy do tego Zenka. Ja pierdolę, ale naprawdę mi go żal. Ja chłopa nie winię – dostał karierę na tacy to z niej korzysta, kto z nas by tego nie robił? Koleś, który teraz jest na świeczniku, wypełnia stadiony i sylwestry z dwójką, na benefisach śpiewa z prezesem telewizji i wojewodą, normalnie high-life, po kilkunastu latach udanej kariery na jej zwieńczenie dostaje „to”

kurwa Krzysztofa Czeczota

Na Sądzie Ostatecznym nawet największego zbrodniarza, Bóg dowiedziawszy się, że w biografii tego kogoś wcielał się w niego Czeczot, płacze, tak jak płakał nad losem Hioba. Mówi: „Idź, twoje grzechy są odpuszczone”, uświadamiając sobie, że szarańcza i plagi to jeszcze, ale teraz to już przesadził.

***

Podsumowując. Jest źle, chociaż w całej swojej szczerości – mogło być gorzej. Sceną końcową w filmie jest koncert z Limahlem, który chyba jest kimś ważnym dla muzyki i gra koncert z Zenkiem. W sensie, najpierw gra z Czeczotem, potem na scenie pojawia się Zając, a na końcu prawdziwy Martyniuk. Cała czwórka. Nikt śpiewać nie umie. There you go, nie trzeba tego filmu oglądać.

Chciałbym teraz wrócić do tej metafory piłkarskiej na początku. Porównałbym „Zenka” do jakiegoś zespołu, ale niestety, mam zdecydowanie za małą wiedzę piłkarską aby to zrobić, ale na potrzeby tej dyskusji umówmy się że byłby to Śląsk Wrocław, chociaż podejrzewam, że wiele miast ma podobny problem.

Zenek jest jak Śląsk Wrocław. Nie jestem targetem, nie znam się na tym, niech sobie gra, co ci przeszkadza. Nie podoba się to nie przychodzisz na mecze, proste?

Ale potem pojawia się takie kłujące uczucie w dolnej części pleców, że na ten stadion i grę tych patałachów dajesz ty. Czy tego chcesz czy nie. Mogą ci napluć w twarz i puścić ten stadion z dymem, ale to ty za to płacisz. Miliony. W wypadku Zenka i wkładu samego TVP to minimum 2 miliony. W skali produkcyjnej to grosze. Ale to wciąż twoje dwa miliony.

A to dopiero początek. Bo wczoraj daliśmy im dwa miliardy. Na film tak naprawdę dla nikogo. Na środkowy palec o wiele większy i bardziej wyrachowany niż jakiejś typiary w Sali Plenarnej. Wiele można „Zenkowi” wybaczyć czy usprawiedliwić ale fakt, że to za nasze pieniądze zrobiono taką chujozę, powinien przekonać wszystkich do wyjścia na ulicę.

———

#kino #filmy #cosobejrzanego

Jak chcesz więcej to zostaw mi lajka na martwym Facebooku, Instagramie albo słuchaj bardzo żywego podcastu na Spotify albo gdzieś indziej. Jutro będzie o Zenku, ale tak jak przy Blance mogłem się wykpić czytając fragmenty jej książki, tak tutaj co mam zrobić, dramatycznie przeczytać teksty Martyniuka? Wyliczać rzeczy, które można kupić za dwa milardy?

Opublikowano w