SALA SAMOBÓJCÓW. HEJTER…

SALA SAMOBÓJCÓW. HEJTER (2020)
#film #dziesiatamuza

Oczekuję, że zrobisz to jak dobry pracownik, a nie zjebany millenials.

Wszystko wskazuje na to, że Jan Komasa musiał zepsuć całkiem niezłe Boże Ciało wydumanym i kretyńskim zakończeniem, po to aby uratować od przeciętności Hejtera… swoim wydumanym i kretyńskim zakończeniem. Uwielbiam i nienawidzę je zarazem, a takie wewnętrzne rozterki na skutek filmy są po prostu oznaką dobrego seansu.

Bogu dziękuję, że podjąłem się katorżniczej pracy oglądania w lutym chujowych polskich filmów. 365 dni (podcast), Zenek (podcast), Bad Boy (podcast o Ziemi Obiecanej) i Swingersi (podcast, a jakże) były mi bardzo potrzebne do obejrzenia, aby wyrównać skalę. Jak się przez dłuższą metę ogląda skrajnie dopracowane i głębokie filmy, to trochę to zaćmiewa ogół. Bez tego, prawdopodobnie bym się czepiał totalnych głupot w Hejterze, które odwróciłyby uwagę od krytyki esencji. A tak — doceniam.

Nie jest to film zły i chętnie wejdę w polemikę z każdym kto takie zdanie posiada. Nie jest to też film wybitny i polemika z taką tezą byłaby jeszcze łatwiejsza. Pozostawia przyjemniejszy smak w ustach niż Boże Ciało i na pewno wzbudza więcej emocji w widzu niż pierwsza Sala samobójców czy Miasto 44. I to te emocje moim zdaniem będą najciekawszą rzeczą, która pozostanie po tym filmie; w tym reakcje społeczne i medialne. Ale możliwe, że nie takie jak Komasa oczekuje.

Pokrótce — bardzo niefajnie, że ten film załatkowany jest jako element „sagi” Sala samobójców. Rozumiem, że to mógł być efekt marketingowy (bowiem w niektórych kręgach pierwsza część to film niejako kultowy), ale osłabia to wagę filmu oraz element niespodzianki, który niestety w tym momencie nie jest już niespodzianką. Tego elementu można było się domyślić ale i tak osadzę w spoiler, bo to całkiem interesujące.

pokaż spoiler Hejter nie jest kontynuacją Sali Samobójców i przez 75% czasu w żaden sposób poza grą komputerową do Sali nie nawiązuję, jednak potem na skutek twistu okazuje się, że postać grana przez Kuleszę jest tą samą matką Dominika z pierwszej części. Czy jest to potrzebne? Absolutnie nie. Ale czy jest to zajebiste, gdy jeden jedyny raz w filmie ktoś przytacza historię z jedynki, aby jej wygarnąć fakt, że wykończyła swojego syna? Oczywiście że tak. To jeden z elementów rozdarcia, które mam.

Zamykając Hejtera w jakieś ramy gatunkowe, najbliżej mu do political fiction, wpadającego momentami wręcz w political fantasy. Zdecydowanie daleko tu do West Wing, prędzej House of Cards z piętnastoma fikołkami po drodze. Film wychodzi od realnych i dość wiarygodnych założeń uziemionych w rzeczywistości, ale gdzieś w trakcie odlatuje i wznosi się na wyżyny absurdu. Przybiera formę biblijnej przypowieści — w końcu uczniowe Jezusa wiedzieli, że nie było żadnego Samarytanina, który ulitował się nad bliźnim, ale no w sytuacji bardzo specyficznej gdyby mnóstwo dziwnych warunków zostało spełnionych a Jowisz wszedł w koniunkcję z Saturnem to… no może mogłoby się tak stać. Więc political fiction, będące niechcianym dzieckiem Jokera i Social Network.

To trochę rodzi problem. Ponieważ pod względem czysto rozrywkowym ten film wychodzi obronną ręką – niewiele było momentów w których się nudziłem, więc też nie spisuję tych dwóch godzin na straty. Jednak rozważając walor ewentualnej wymowy filmu czy przekazu: no to jest to dramat. Potencjalnie szkodliwy dramat.

Żeby nie było, że mówię na wyrost, sam Komasa obiera trochę moralizatorski ton. W wywiadzie dla poniedziałkowego Newsweeka (10/2020) mówi tak:

[…] historia „Hejtera” to konsekwencja tego, co w Polsce już było. Suma a w właściwie średnia wszystkich strachów. Mój strach przed apokalipsą zaczął grawitować w stronę społecznego rozpadu. Przestaliśmy ze sobą rozmawiać, ulegliśmy niechęci dobrych ludzi do dobrych ludzi

W innym zaś miejscu mówi:

[…] Dziś spotkasz kogoś na Zbawiksie, a jutro słyszysz że jest na AA. Wypluwamy ludzi, którzy sobie nie radzą. W przypadku „Hejtera” różnica polega na tym, że robiliśmy political fiction, które przestało być „fiction”.

W pewnym momencie tego wywiadu Komasa wchodzi trochę w korwinizm i mówi o Hitlerze w sposób taki, że słyszę w głowie dziadzia z muszką. Zignorowałem to myśląc, co on pierdoli, ale okazuje się, że znajduje to swoje odzwierciedlenie w filmie. Tylko znowu, chyba nie tak jak Komasa by zamierzał

I tego się trochę obawiam. Tak jak pierwsza część Sali Samobójców była wzięta na sztandary przez niedojebanych pedagogów szkolnych, którzy wszędzie zaczęli dostrzegać „problemy ideologii emo” oraz przez bananowych rodziców, którzy przegapili element zaniedbywania swoich dzieci, za to od razu wskoczyli na wagon: te cholerne gry mieszają w głowach naszych dzieciaków, tak tutaj może być podobnie. Na seansie porannym na którym byłem, większość sali była wypełniona przez szkolną wycieczkę. Wychodząc podsłuchałem ich komentarze. I sorry, ale bardzo prosta przestroga: ”hejt jest zły” w filmie, który w założeniu miał o tym mówić kompletnie się tu rozpływa.

Bo film jest trochę o Tomku. Tomek jest społecznym przegrywem. Konta na Wykopie wprost nie ma, ale zdecydowanie ma bordo. Jest wypierdolony za plagiat ze studiów prawniczych i w swojej pierwszej interakcji z dziewczyną ucieka się do założenia podsłuchu, żeby sprawdzić czy go lubi.

Tomek jest spierdoksem i skurwysynem. Dostajemy to w tym filmie na start. Ale nie jest ukochanym skurwielem, którego uwielbiamy nienawidzić jak Walter White, ani postacią do której czujemy współczucie jak Arthur Fleck aka zeszłoroczny Joker. W tym względzie o wiele bliżej mu do Marka Zuckerberga wykreowanego przez Jessego Eisenberga w filmie Finchera sprzed 10 lat. Jest po prostu chujkiem, ale gdyby nie fakt, że staje się kreatorem wszystkich wydarzeń w filmie to trudno dawać o niego jakiekolwiek jebanie.

Jego marzeniem jest przeskoczenie z niższej do wyższej klasy. Jednak nie dostrzega tego, że jest spierdoksem i dlatego ma pod górkę w życiu, a nie z powodu jakiejś zmowy klasowej. Dostaje pracę w „agencji PR”, która zajmuje się tymi mrocznymi odmianami marketingu i wykorzystuje to jako okazję do zemsty i ugrania swojego.

I tu dochodzimy do mojego najistotniejszego problemu z Janem Komasą. Zarzut, który miałem przy jego czterech poprzednich filmach, tylko w innych odmianach. Powierzchowność. Komasa się nie „wgryza” w swoich bohaterów ani ich realia. Posiadając jakieś konkretne wyobrażenie świata, który chce przedstawić, robi to właśnie w ten sposób, nie próbując zmierzyć się z faktem, że w prawdziwym życiu nie zawsze jest tak jak sobie wyobrazimy. Stąd wieś w Bożym Ciele musiała być durna i prosta, a młodzież w Mieście 44… ech, nawet nie chcę zaczynać tego tematu. W skrócie tłumacząc powierzchowność – tworzenie świata pod tezę, a nie odwrotnie.

W Hejterze natomiast jest to tak ewidentne, że muszę naprawdę dłużej się zastanowić, czy to aby na pewno nie jest celowy zamysł, którego założeń nie rozumiem. Może to trochę jak alternatywne rzeczywistości Tarantino? Naprawdę muszę wgryźć się jeszcze raz w filmografię Komasy żeby to zrozumieć. Nie zmieni to jednak faktu, że jeżeli taki był zamysł poprzednich filmów Nominowanego Jana, to dopiero w tym miało szansę to zadziałać

Bo „elity” są do bólu „elitarne” — urodziny córki to bankiet na 50 osób z kwartetem smyczkowym i studiami na Oxfordzie. Warszawska agencja marketingowa jest do bólu „korpo-skundlona” — mobbing wykręcony do stopnia wywołującego bardziej śmiech niż strach, abstrakcyjne przekleństwa, wszechobecny chłód i zero barier czy granic moralnych. Natomiast środowiska narodowcowe to monolityczne, tępe, bezmyślne masy porozumiewające się ze sobą wyłącznie za pomocą sloganów.

Naprawdę zdumiewające jest to, że pomimo premiery w tym tygodniu ten film został nakręcony w listopadzie 2018 roku, bo zbyt wiele jest tutaj podobieństw do Jokera, którego Komasa widział dopiero podczas jego światowej premiery w Wenecji latem 2019.

jeżeli zastanawiacie się, dlaczego w takim razie premiera jest tak po czasie, to polecam sobie przypomnieć dzień 13 stycznia 2019. Zdecydowanie zły czas żeby wypuszczać political fiction o hejcie

Największa paralela między Jokerem a Hejterem to zwalenie winy za grzechy głównego bohatera na społeczeństwo. Tak, domyślacie się — prawdziwym Hejterem nie jest tak naprawdę Tomek, tylko „elita”, która wyśmiewa jego ubiór, zachowanie i pochodzenie. Prawdziwym Hejterem jest firma będąca fabryką hejtu za hajs, Tomek jest tylko wynikiem takiego społeczeństwa. Co samo w sobie nie byłoby złym założeniem – wszak jedna z najlepszych opowieści klasowych ostatnich lat dostała 4 Oscary, Parasite był krytyką rozwarstwień klasowych, ale nie wszedł w łatwą retorykę „uuu bogaci źli”, tylko pokazał, że dwa środowiska mogą być do siebie bardzo podobne, nawet jeżeli wychodzą ze zgoła odmiennych środowisk. Co więcej Bong Joon-Ho nie zatrzymał się na symetryzmie bo końcówka filmu nie była jednoznaczna w swojej ocenie. Nie zostało powiedziane wprost, która strona jest gorsza, a widz nie mógł się tak od razu rzucić z własną opinią.

Natomiast Komasa trochę symetryzuje. Obie strony konfliktu są jednorako złe. Elity (które możemy nazywać dalej lewackim establishmentem) są apatyczne wobec drugiej strony, odnoszą się z pogardą i wyniosłością, natomiast narodowcy (nazywani prawicą) są głupi więc reagują agresją. Hej chłopaki, żadna strona nie jest fajna, tylko oświecony centryzm! — zdaje się wołać Komasa.

I właśnie ta niechęć do zabrania jednoznacznego stanowiska doprowadza nas do nieszczęsności końcówki jak i przez to całego filmu. Nie dość, że politycznie, Komasa stoi w rozkroku między morałem a rozrywką. Trudno wyciągnąć arntyhejterskie przesłanie z filmu, który pokazuje hejt wyłącznie jako zjawisko instytucjonalne — obrzydliwe i podjudzające komentarze w internecie są WYŁĄCZNIE wymysłem pracowników firm marketingowych, a ludzie wpadają w ślepy pęd i grają dokładnie tak jak mądre warszawskie głowy ze start-upu na Mordorze sobie wymyśliły. Prawicowcy hejtują, bo tak ich manipulują inni za pieniądze, lewica hejtuje bo jest elitarystyczna i wyniosła. A co z ludźmi, którzy są po prostu perfidni? Może nie byłoby to tak ciekawe (via rozrywka) zagłębić się w głowę przeciętnego hejtera, ale byłoby bardziej pouczające (via morał) niż sieć marionetek i rozgrywanie polskiej polityki przez jedną grupę rodem z dobrych teorii spiskowych.

Ostatecznie, zakończenie wybiera aspekt rozrywkowy wyrzucając moralizm przez okno. I zarazem ratuje całość, bo to zakończenie, które powinno pozostawić widza z ogromnym niesmakiem, a może wręcz krzykiem: „co kurwa?!” Bo kończy się tak:

pokaż spoiler Film kończy się zorkiestrowaniem przez Tomka morderstwa kandydata na prezydenta Warszawy. Jednak wbrew swoim oczekiwaniom staje się obecny podczas zaplanowanej przez siebie masowej strzelaniny, więc rzuca się na napastnika. Dostaje kosę pod żebra, ale przez swoje działanie, najemnika udaje się schwytać. Tomek staje się narodowym bohaterem uwielbianym przez kraj. Co więcej – nie dość, że nie spotyka go żadna odpowiedzialność za to, bo ma haki tam gdzie to potrzebne, to na koniec filmu otrzymuje nagrodę – zostaje przyjęty do rodziny z „elit” o którą tak bardzo na samym początku filmu zabiegał.

Prawda, że wydumane i kretyńskie, nie? A zarazem cudowne, cyniczne i wyrachowane. Pod względem rozrywkowym to nawet bomba, pod względem przestrogi przed hejtem? Kurwa, oczywiście, że nie. Dostojewski się w grobie przewraca.

Tylko, że ja mogę to sobie tak odbierać. Hejt, zwłaszcza w internecie, znam od czasów, gdy takie pojęcie na to zjawisko nie istniało jeszcze w powijakach. Zagrywki polityczne i rolę marketingu w nim też trochę kojarzę. Dostrzegam te elementy wyolbrzymione i je z łatwością wskazuję. Od początku nie łapałem się pod morał.

Natomiast w łazience usłyszałem chłopaka właśnie w wieku licealnym jak mówił do kolegi zaciekawionym głosem:

Ty ale serio są takie firmy, że dostajesz hajs za komentarze i niszczenie influencerów?

I kto wie, może wybierze sobie taką ścieżkę kariery. Zresztą, dlaczego by nie miał, skoro tak naprawdę ten film, w żaden sposób jej nie potępia? Może Komasa lubi patrzeć jak świat płonie? Wyraża skryte fantazje? Zdecydowanie bliżej temu to do political fantasy niż do political fiction

Dlatego mam olbrzymi problem z jednoznaczną oceną Hejtera w reżyserii Jana Komasy. Zazwyczaj takie określenie jest zarezerwowane dla blockbusterów czy prostych łupanek, ale w przypadku nowego filmu nominata do Oscara chyba najlepsze będzie polecenie ”wyłącz myślenie i po prostu oglądaj bez zastanowienia”

To chyba kolejne podobieństwo do biblijnej przypowieści.

—————
#kino #filmy  #cosobejrzanego

Jak chcesz więcej to zostaw mi lajka na martwym Facebooku, Instagramie i słuchaj bardzo żywego podcastu na Spotify albo gdzieś indziej. Analiza Komasy może jeszcze dziś, ale może być też jutro.

Opublikowano w