365 DNI #dziesiatamuza…

365 DNI
#dziesiatamuza #film

— Wyobraź sobie, że ma 190 centymetrów wzrostu, zero tkanki tłuszczowej i ciało wyrzeźbione przez samego Boga
— Ale czy kutasa też mu sam Bóg rzeźbił?
— Diabeł.

Po nominacji Bożego Ciała do Oscara oraz popularności filmów Pawlikowskiego ktoś mógłby powiedzieć, że polskie kino wstaje z kolan.

Zamierzam te tezę obalić.

Ja wiem, że sezon oscarowy i fajne filmy są do obejrzenia, ale jest to też czas kiedy polscy producenci postanowili naharać swojemu targetowi do ryła wypuszczając przez miesiąc filmy „bez prawa do jakości”. Tak je nazywam, ponieważ mogą między sobą i swoimi zwiastunami pretendować do miana filmów bardzo złych, jednych z gorszych w polskiej historii. Gdybym był Korwinem porównałbym to do szachów dla debili, ale może odwróćmy tę metaforę i sytuację gdy coś ściga się w byciu najgorszym nazywajmy „lutym w polskim kinie”

7 lutego – 365 dni
14 lutego – Zenek
21 lutego – Bad Boy
28 lutego – Swingersi
6 marca – Sala Samobójców: Hejter
13 marca – W lesie dziś nie zaśnie nikt

Zwykle omijam takie filmy szerokim łukiem, ale za dużo filmów zdarza mi się oceniać „dość nisko”, więc dobrze mieć coś do porównania. Na pierwszy ogień zdecydowanie najgłośniejsza propozycja z wyżej wymienionych. Polska odpowiedź na „50 twarzy Greya”, tak mówią przynajmniej. Twórcy? Dystrybutorzy? Ludzie pozbawieni zdolności budowania metafor?

Zwróćmy uwagę że nie istnieje przykład polskiej odpowiedzi na X, która by była jakimkolwiek znakiem jakości. To PRowe mydlenie oczu, łagodne mówienie „jak na polskie to dobre”.

I teraz wyobraźmy sobie że tak nisko zawieszonej poprzeczki jak 50 Twarzy Greya ten film nie przeskakuje. W ogóle. Ale po kolei.

365 dni to film będący adaptacją „bestsellerowej” powieści Blanki Lipińskiej, jedynej osobie która poza Noblistką może rywalizować z Remigiuszem „Pięć Książek Rocznie” Mrozem w zarobkach z samego pisania. Z twórczością pani Lipińskiej zapoznany nie byłem, dlatego po seansie udałem się do pobliskiej księgarni, żeby zweryfikować poziom. Przytoczę kilka cytatów:

„Jego biodra przyspieszały a oddech gonił ich tempo. Cudowne tarcie, które czułam, rozlewało fale rozkoszy po moim ciele. Nagle zwolnił a ja odetchnęłam z ulgą. Wsunął mi rękę pod brzuch i uniósł moje biodra, kolanem rozkładając lekko zaciśnięte nogi.
— Pokaż mi tę śliczną pupę – powiedział głaszcząc moje tylne wejście. Przeraziłam się, chyba nie chciał za pierwszym razem spróbować tego na co zdecydowanie nie byłam jeszcze gotowa.”

Próbował hamować moje ruchy, jednak bezskutecznie.
— Zwolnij — wysyczał, a ja zupełnie zignorowałam jego polecenie. Po chwili szaleńczego tempa, wyciągnął go, odpychając mnie od siebie. Oblizywałam się lubieżnie, kiedy stał i patrzył na mnie, ciężko dysząc. Załapał za moje barki i cisnął mnie na łóżko, po czym przekręcił na brzuch, przywierając do mnie całym ciałem.
— Chcesz mi coś udowodnić? — zapytał oblizując dwa palce. — Rozluźnij się, maleńka — wysyczał i wsunął mi je do gardła. Wystarczyły dwa palce żeby mnie wypełnił.
— Wydaje mi się że jesteś gotowa. Te słowa sprawiły, że po plecach przeszedł mnie dreszcz. Oczekiwanie, niepewność, strach i pożądanie mieszały się ze sobą. Massimo zaczął powoli wchodzić we mnie, czułam każdy centymetr jego grubego członka.

Myślę, że łapiecie kontekst. Żeby nie było, że celowo wybrałem najgorsze fragmenty – wziąłem książkę do ręki i kartkowałem na oślep szukając pierwszej sceny seksualnej. To trafiło się za czwartym razem.

Puentą i jedynym pozytywem wynikającym z tej recenzji, będzie stwierdzenie, że film przynajmniej nie jest gorszy od książki. Ta poprzeczka wisiała jeszcze niżej, do tego stopnia, że ktokolwiek inny mógłby się o nią potykać.

Ktokolwiek inny. Właśnie. Słoniem w pokoju w tym całym anturażu jest reżyserka.

Barbara Białowąs

Autorka takich złotych przebojów jak „Wywiad z redaktorem Michałem Walkiewiczem dla Filmwebu”, oraz jakiegoś tam filmu. Mam problem z jej obecnością w tym filmie, ale trochę inny niż można by się spodziewać.

Mam wrażenie, że to nie jest jej film i zwalanie jego chujowości na jej nazwisko, mogłoby być wobec niej (sic!) niesprawiedliwością.

Wskazują na to dwa elementy – naczelny jest taki, że nie jest wymieniona jako jedyna reżyserka. Na samym końcu w napisach obok Barbary jako reżyser wymieniony jest producent Tomasz Mandes. Z racji tego, że reżyseria dwóch osób jednego filmu raczej nie istnieje (wyjątkiem są duety reżyserskie jak bracia Coen, Safdie, Russo), śmiem podejrzewać, że Barbara Białowąs w pewnym momencie stała się niuansem dla faktycznych twórców – czyli producenta Tomasza Mandesa oraz najprawdopodobniej Blanki Lipińskiej, która niewiarygodne parcie na atencję posiada – i ten film jej odebrali.

Drugą rzeczą, która na to wskazuje, jest fakt, że jej poprzedni film – Big Love, był kiepski, ale nie aż tak kiepski. Nikt po studiach reżyserskich na de facto całkiem niezłej uczelni jaką jest katowicka Kieślówka nie złamie zasady 180 stopni, choćby chciał – bo będzie mieć to tak wryte w pamięć.

Zatem, choć nie wierzę, że to powiem — leave Barbara alone

———————

Dobra, to co z tym filmem. Na ogół jest tak, że podczas filmu robię sobie w notesie notatki, jakichś fajnych myśli, żeby nie zapomnieć. Przeciętnie zajmują mi tak od 2 do 3 stron. Tym razem zapisałem ich 27. Stron. Podczas filmu. Zaryzykuję tezę, że włożyłem w to więcej pracy niż ktokolwiek zaangażowany w produkcję.

Historia opowiada losy Laury. Laura jest przebojowa, bo pracuje w San Francisco. Wiemy o tym, ponieważ gdy widzimy establishing shot i most Golden Gate pojawia się też napis „San Francisco”. Tyle zaufania do inteligencji widza mają twórcy. Laura pracuje jako ktoś ważny w hotelarskim korpo. Był jakiś fakap i jej polski współpracownik obwinia ją o fakap. Jej amerykański szef, którego z łamanym angielskim gra Przemysław Sadowski domaga się tłumaczeń. Laura była mistrzynią w grę w UNO i wyciąga kartę pułapkę, mówiąc że hotel zarobił a winę ponosi koleś. Kolejny dzień i kolejne zwycięstwo dla przebojowej Laury.

Laura wraca do domu. Jej facet (albo mąż, już nie pamiętam 15 minut po wyjściu z kina) ogląda serial. Ona chce się ruchać. On nie chce. Potwór. Przecież jest napalona. A on jej mówi, że jest zmęczona i pewnie się jeszcze nie spakowała. A przecież zaraz jadą na Sycylię.

Właśnie! Kurwa, Sycylia. Zapomniałem. Film zaczyna się jednak od czegoś innego. Na Lampedusie widzimy opuszczony zamek (?) na którym targu dobija ojciec głównego bohatera Don Massimo z jakimiś frajerami, którzy handlują dziećmi. Don Dona jest nieugięty, w końcu jak na gangstera ma zasady i dzieci nie rusza. Każe im spierdalać. Potem podchodzi do syna i chwilę rozmawiają. W pewnym momencie wypowiada przeklęte słowa „to wszystko będzie twoje, mój synu”. Po czym umiera. Ktoś go zastrzelił. Jakiś snajper z dużym kalibrem, bo przestrzelił przez ojca i trafił stojącego obok niego syna. Na wieży opuszczonego zamku. Skąd wiemy że jest opuszczony? Bo znajduje się pośród pustkowia na nadbrzeżu, i ujęcia z drona pokazują nam widok na 360 stopni dookoła. Nic tam kurwa nie ma. Skąd snajper? Skąd strzelał? To nie ma znaczenia. Widz już w prologu dostaje informację — nie zadawaj pytań, ptysiu.

Dobra. Losy Jego i Jej przecinają się na Sycylii. Ona czuje się zaniedbana przez męża (chłopaka?), który poszedł na Etnę bez niej w dniu urodzin, więc wychodzi na miasto z płaczem. Po wejściu w ciemną alejkę zastaje drogi samochód. Gdy się odwraca – to stoi Massimo, który podchodzi do niej mówiąć: _”Zgubiłaś się, maleńka?” po czym Laura mdleje.
Budzi się w wielkiej posiadłości. Massimo tłumaczy jej, że po śmierci ojca objawiła mu się we śnie i szukał jej przez cały czas. Teraz znalazł, więc porwał ją i daje jej 365 dni na zakochanie się w nim. Ma też zdjęcia jej męża. Bo ją zdradzał. Bo był takim złym mężem. Laura mówi – no, spoko.

Massimo wielokrotnie próbuje ją wyruchać, ale jak przystało na gangstera z zasadami (pamiętacie ten motyw z dziećmi) JEJ WYJĄTKOWO mówi, że do niej się nie dobierze póki nie wyrazi zgody. No chyba, że macanko albo lizanko, wtedy to się nie liczy. Laura dzielnie stawia opór, ale Massimo kupuje jej drogie ciuchy i zabiera na imprezy. Laura czuje się jak księżniczka. Wreszcie jakiś inny gangster stosując tę samą taktykę mówi Laurze że ją wyrucha. Niestety jest brzydki. Massimo przestrzeliwuje mu obie ręce. Laura została uratowana. Potem z jakiegoś durnego powodu wypada za burtę luksusowego jachtu. Massimo wskakuje za nią i ją wyławia. Jej rycerz ratuje ją po raz drugi. Laura nie potrzebowała 365 dni. Jeżeli dobrze liczyłem wystarczył nieco ponad tydzień.

Nie będę streszczał reszty filmu, bo prawdę mówiąc w tym momencie straciłem zainteresowanie.

Kardynalnym grzechem tego filmu jest to, że gdy już dochodzi do „zbliżenia” to staje się kurewsko nudny.

Zbliżenie to spory eufemizm. Scena trwa około 5 minut, a twórcy uparli się, żeby za pierwszym razem odhaczyć wszystkie możliwe pozycje seksualne. We wszystkich miejscach na jachcie. Przyznaję – tak kuriozalnej i wydumanej sceny seksualnej, jeszcze w kinie nie widziałem.

Jednak brakowało w niej emocji. To że aktorzy się wykrzywiają i sapią nie oznacza od razu, że jest między nimi jakaś chemia. Przyznaję – widziałem filmy pornograficzne, które nie dość, że miały logiczniejszą fabułę, naturalniejsze dialogi, lepszych aktorów to jeszcze więcej emocji i lepsze udawanie zaangażowania między głównymi bohaterami niż w 365 dni. I to były filmy z serii podrywaczki.pl

Ogólnie to później jest tak, że ona mu się oddaje jeszcze kilka razy przy kilku różnych okazjach, potem wracają do Warszawy, spotykają się z rodzicami, wprowadzone jest jeszcze kilka różnych wątków, które nigdy nie znajdują rozwiązania. Potem wracają do Włoch, Laura dowiaduje się, że jest w ciąży. Rozmawia przez telefon z Massimo jadąc samochodem. Jednak wjeżdża do tunelu. Sygnał się urywa. W międzyczasie przyjeżdża consigliere grany przez Bronka Wrocławskiego — chcą zabić Laurę. Kto? Nie wiadomo. Jak? Nie wiadomo. Co dalej? Chuja, też nie wiadomo, film kończy się cliffhangerem, bo policja stoi na końcu tunelu do którego wjechała Laura. Spoiler alert?

Wszystko po to aby wydoić więcej pieniędzy. Dlatego apeluję – nie idźcie na ten film do kina. Jestem zadeklarowanym przeciwnikiem picia alkoholu w kinie, a bez tego ani rusz, i jestem przeciwnikiem dawania pieniędzy ludziom tak leniwym na hajs, że produkują coś takiego. Niech ta historia się urwie i nigdy nie znajdzie rozwiązania.

Na dobrą sprawę – ja nawet nie wiem, kto jest targetem tego filmu? Serio. Nawet czytelniczki harlekinów mają jakieś standardy. Historia laski, która dzięki władzy, seksapilowi i pieniądzom przekuwa syndrom sztokholmski w prawdziwą miłość, nie dość, że jest problematyczna na wielu płaszczyznach, to jeszcze jest zajebiście wtórna. Nie sposób znaleźć w tym filmie czegokolwiek oryginalnego. Wszystko już było. I to było lepiej zrobione. 365 dni? Kurwa, mając nieograniczony zbiór małp z maszynami do pisania w 365 dni są w stanie napisać bardziej składną i oryginalniejszą opowieść. I prawdopodobnie to lepiej zagrają. Oglądamy wyświechtany zbiór największych klisz wyolbrzymiony do maksimum. Jeżeli jednak, znajdzie się ktoś, komu się ten film podoba, to najpewniej jest to typ osoby, której naplujesz w twarz, to jeszcze się uśmiechnie mówiąc: dawno nie padało.

Szukając pozytywów, ale tak naprawdę się zmuszając, to nie jest to film najgorszy stylistycznie. Przypomina mi trochę styl sorrentyński. Ale to nawet nie jest imitacja Sorrentino. To trochę tak jakbyście po jednym obejrzeniu wyłącznie sceny otwierającej Wielkie Piękno, opisywali ten styl komuś bez wyobraźni, najlepiej w języku, którego oboje nie rozumiecie. Bunga, bunga w świetle neonów. I ta stylistyka jest trochę od czapy. To trochę jak polewanie fekaliów perfumami z bazaru z lat 80. Nie dość, że cuchnie kałomoczem, to jeszcze co gorsza tanimi perfumami z bazaru.

Innym pozytywem, jest też to fakt, że jak na polski film, to nie stosuje się do zasad polskiej szkoły realizacji dźwięku i o dziwo słychać wszystkie dialogi. Ale to chyba, ze szkodą dla widza.

__________________________

#kino #filmy #365dni #cosobejrzanego

Zostaw mi lajka na martwym Facebooku, Instagramie i słuchaj podcastu na Spotify albo gdzieś indziej. Jutro będzie właśnie o tym filmie, ale w wersji audio, co za magia internetu?

Opublikowano w